Niewinna zabawa w Halloween
- Szczegóły
- Autor: aRadosław
- Kategoria: Aktualności
- Odsłon: 278
Czy Halloween to tylko niewinna zabawa?
W Piśmie Świętym czytamy: "Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie! Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (1 Tes 5, 21-23).
Bardzo serdecznie i gorąco chciałbym w tym momencie pozdrowić wszystkich, którzy postanowili poświęcić kilka minut i zapoznać się z treścią poniższego artykułu. Artykuł ten nie rości sobie prawa do tego by być uznany za całościowe opracowanie problemu, a jedynie za pewnego rodzaju próbę zapoznania się z treściami jakie niesie "święto" Halloween, tak przecież szeroko rozpowszechnione i zakorzenione w kulturze tego kontynentu.
Po raz pierwszy zetknąłem się z tym "świętem" po przybyciu do Stanów Zjednoczonych, dokładnie do Detroit. W ciemny i dość zimny halloweenowy wieczór mój kolega postanowił pokazać mi coś co do tej pory było dla mnie czymś nieznanym. Tak więc miałem okazję zobaczyć na ulicach Detroit dzieci przebrane za wiedźmy, kościotrupy, wilkołaki. Apogeum zdziwienia, a może bardziej przerażenia, wywołał we mnie płonący dom (dla niektórych święto to było wspaniałą okazją aby spalić stare opuszczone domostwa). Patrząc z perspektywy czasu, było to dla mnie niepokojące spotkanie z inną "kulturą". Jednak do głębszej refleksji zmobilizował mnie dopiero obejrzany film "Halloween - Trick or Treat", który to w jasny sposób wskazuje, że korzenie tego święta wywodzą się z poganizmu, satanizmu i czarnej magii. Wstrząsające wrażenie wywarło na mnie świadectwo mężczyzny, który jako dziecko był przeznaczony na kapłana w kręgu satanistów, a który był świadkiem złożenia w ofierze szatanowi swojej koleżanki, od momentu narodzin przeznaczonej na ofiarę dla boga śmierci.
HISTORIA HALLOWEEN
Po krótkim wstępie, oddajmy głos historii cofając się do źródeł tego "święta", które, niestety, w dzisiejszych czasach wręcz konkuruje ze świętami Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy.
Halloween jest to festiwal pochodzący ze Szkocji a obchodzony w wigilię Wszystkich Świętych, czyli 31 października.
W tradycji pogańskiej ponad 2 tysiące lat temu, ostatni dzień roku (31 października) świętowano potrójnie: 1) żegnano lato, 2) witano zimę i 3) obchodzono święto zmarłych. Dla Celtów data 31 października była przełomowa jako pożegnanie Starego Roku i powitanie Nowego Roku z racji zakończenia żniw. Święto Halloween zapoczątkowali Celtowie, którzy zamieszkiwali obecne tereny Anglii, Irlandii, Szkocji, Walii i płn. Francji. Celtyccy kapłani, nazywani druidami, czcili w tym dniu w szczególny sposób boga śmierci Samhain. Tak więc dzień ten stał się świętem śmierci, gdyż tego dnia bóg celtycki wywoływał duchy, złych zmarłych, którzy odeszli w ciągu ostatniego roku. Według celtyckich wierzeń, w tym czasie złe duchy wędrowały po wsiach dokuczając ludziom. Celtowie spodziewali się prześladowań ze strony złych duchów, co wcale nie było dla nich czymś zabawnym. Ludzie ci wierzyli, że przez składane ofiary za grzechy zmarłych, winy mogą być odpuszczone a uwolnione dusze mogą osiągnąć niebieską chwałę. Celtowie również oddawali hołd słońcu, które uznawali za bóstwo, wierząc, że to właśnie słońce jest najlepszym przyjacielem, bo daje wzrost zbożu i ciepło dla człowieka. W dniu 1 listopada, który był również celtyckim Nowym Rokiem, składano słońcu ofiarę nie tylko ze zwierząt ale nawet z ludzi (byli to przeważnie mężczyźni, często kryminaliści, których palono w wiklinowych koszach pokrytych słomą). Celtowie rozpalając ognisko wierzyli, że w ten sposób mogą wspomóc boga słońca, który u schyłku lata wydawał się być słabszym niż bóg śmierci, wierzyli też, że ciepło ognia odpędzi złe duchy i skieruje je na inne drogi. Celtowie bali się tego wieczoru bardziej niż jakiegokolwiek innego dnia roku. Złe duchy wieczorem były wszędzie. Mówiono, że różnego rodzaju zaklęcia i czary podczas wigilii "Samhain" posiadały szczególną moc.
DRUIDZI
Celtowie mieli swoich satanistycznych kapłanów nazywanych druidami. Owi kapłani 31 października wyruszali od zamku do zamku domagając się jedzenia, a ci, którzy im odmówili byli przeklinani. Niejednokrotnie zdarzało się, że kapłani nie tylko oczekiwali na jedzenie ale żądali ofiary z ludzi, głównie chodziło o młode dziewczęta, które następnie były składane w ofierze szatanowi poprzez spalenie na stosie. Jeżeli wydana dziewczyna zyskiwała ich aprobatę, zapalali świecę uczynioną z ludzkiego tłuszczu i wkładali ją do wyrzeźbionej głowy Jacka 0-Lanterna, co miało chronić wszystkich domowników od demonów. Jeśli oczekiwania nie zostały zaspokojone następował czas trików, czyli sztuczek. Na drzwiach wejściowych do domu zawieszali heksagram, który był znakiem, że szatan lub jego demony mogą tej nocy bezkarnie gnębić ludzi, nawet zabijając któregoś z domowników. Uderzenia i dźwięki muzyki ogłaszały rozpoczęcie wędrówki kapłanów, dodatkowo wprowadzając atmosferę strachu. Często druidowie napadali na swoje ofiary, mordując je, po czym składali je w ofierze. Kapłani celtyccy byli ludźmi kontrolowanymi przez szatana - posiadali niezwykłą, dziwną a zarazem straszną moc. Owa noc była nasycona nie tylko wędrówką kapłanów ale również wszelkiego rodzaju sztuczkami czarnej magii. Nieodzownym atrybutem święta Halloween były noszone przez kapłanów duże rzepy, ponacinane na podobieństwo demonów. Po przybyciu Celtów na kontynent północno-amerykański rekwizyt rzepy zastąpiła dynia. Wierzono, że każdy kapłan celtycki zawiera demonicznego ducha, który go osobiście prowadzi i kieruje nim. Nieodzownym elementem Halloween były przeraźliwie czarne stroje. Zwyczaj ten wywodzi się z przekonania, że właśnie tej nocy duchy zmarłych włóczą się po ziemi. Celem stroju miało być zmylenie złego ducha, by myślał, że jest to jeden z duchów i pozostawiał takiego człowieka w spokoju.
KOŚCIÓŁ KATOLICKI
Mówiąc o roli Kościoła Katolickiego należy niewątpliwie pamiętać, że przez pierwsze cztery wieki religia katolicka musiała działać w "podziemiu" nauczając o Jezusie Chrystusie. Dopiero w momencie uznania chrześcijaństwa za religię oficjalną, Kościół miał szersze możliwości w nauczaniu, co niewątpliwie miało pozytywny wpływ na życie duchowe, społeczne czy nawet polityczne. Ojcowie Kościoła widząc niejednokrotnie zwyczaje pogańskie, starali się tym świętom nadać chrześcijański wymiar. Grzegorz IV w 834 r. wprowadził do Kościoła Uroczystość Wszystkich Świętych jako pamięć o zmarłych. Uroczystość ta, to oddanie czci wszystkim świętym w niebie tym znanym jak również tym bezimiennym. Do ósmego wieku Uroczystość Wszystkich Świętych obchodzono w miesiącu maju. Papież, widząc nieustanne praktyki Celtów, postanowił nadać temu świętu wymiar prawdziwie chrześcijański, przenosząc Uroczystość Wszystkich Świętych w miejsce Halloween. Niestety, pomimo wielu usiłowań, cały czas istnieje grupa ludzi, która kultywuje festiwal śmierci. W ostatnich czasach możemy nawet zauważyć jakieś ponowne zainteresowanie się tym "świętem", które rozprzestrzenia się i to nie tylko w Anglii, Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie ale od kilku lat nawet w Polsce. Chciejmy pamiętać, że Halloween w swojej historii nigdy nie było świętem chrześcijańskim. Święto to zawsze było satanistyczne.
WSPÓŁCZESNE HALLOWEEN
Proponuję, abyśmy przez chwilę przyjrzeli się jak dzisiaj obchodzone jest Halloween. Czy w większości nie koncentruje się ono na ciemności, śmierci, strachu i złu? Chyba najbardziej niepokojące jest to, że z uśmiechem na ustach przebieramy nasze dzieci za wiedźmy, kościotrupy, szkielety, śmierć, wilkołaki i wysyłamy je w ciemność ulicy gdzie nasze aniołki, które mają służyć Bogu, powtarzają pogański rytuał druidzkich satanistycznych kapłanów: "treat or trick".
Część społeczeństwa zasłania się stwierdzeniem, że to tylko dla zabawy, dla "fanu", my przecież nie traktujemy tego poważnie. My może nie, ale nie wiemy czy szatan tego nie bierze na poważnie, przecież to jest jego święto. Ten wieczór zawsze był poświęcony jego czarnej i złośliwej magii. Biblia Szatańska wyraźnie mówi, że Halloween jest ich największym świętem. Doreen Irving (praktykowała okultyzm) napisała książkę "Set free to serve Christ' ("Uwolniony, by służyć Chrystusowi"). W tej to właśnie książce czytamy: "Prawdziwi czarodzieje cieszą się gdy chrześcijanie biorą udział w demonicznych tradycjach. Bardzo często demony mają dostęp do wielu ludzi. Czy myślicie, że TRICK or TREAT - to przeszłość bez żadnego znaczenia dzisiaj?
W USA okultyzm nieustannie zabija w czasie Halloween. W Australii media podają o powtarzających się corocznie ofiarach składanych z ludzi w Melbourne i Brisbane."
Do najnowszych niestety mało chlubnych kart halloweenowego szaleństwa należy dodać spalony w zeszłym roku anglikański kościół św. Jana, wybudowany w 1754 roku (Lunennburg, Nova Scotia). Kościół ten był drugim pod względem wieku kościołem anglikańskim w Kanadzie (pożar wybuchl zaraz po północy, policja bardzo mocno łączy ten incident z halloweenowym szaleństwem). W tę właśnie noc w samym miasteczku i okolicy policja zanotowała 22 wezwania do pożarów. Jedna z rozmówczyń nazwała tę noc “nocą piekła” a halloween jako przykład degradacji człowieka.
Drogi czytelniku, na ile było mi to dane, chciałem ukazać mroki i niepewności święta Halloween, ale ostateczną decyzję pozostawiam Tobie, który w tym momencie bierzesz odpowiedzialność nie tylko za zbawienie swojej duszy lecz również za zbawienie duszy Twojego dziecka. Mam świadomość, że nie można tylko zabrać dzieciom tego “święta”, nie dając nic w zamian. Zastanawiam się, czy dobrze przygotowany wieczór w gronie rodzinnym (np: wspólna modlitwa, dobry film) nie będzie lepszym prezentem niż halloweenowe szaleństwo.
Jeśli kogoś z czytelników zainteresował temat poruszony w tym artykule, zachęcam gorąco do obejrzenia filmu: "Halloween - Trick or Treat", który doskonale ukazuje tragizm wydawałoby się radosnego i niegroźnego święta jakim jest Halloween, szczególnie jeśli do tego przykłada rękę chrześcijanin. Zły tym razem omamił nawet chrześcijan, którzy pod pozorem niewinnej zabawy, uczestniczą w karnawale śmierci, gdzie głównym wodzirejem jest sam szatan.
Cytuję z Pisma Świętego na zakończenie:
"Lecz po cóż to mówię? Czy może jest czymś ofiara złożona bożkom? Albo czy sam bożek jest czymś? Ależ właśnie to, co ofiarują poganie, demonom składają w ofierze, a nie Bogu. Nie chciałbym, byście mieli coś wspólnego z demonami. Nie możecie pić z kielicha Pana i z kielicha demonów; nie możecie zasiadać przy stole Pana i przy stole demonów". (1 Kor 10,19-22)
Ks. Jan Karpowicz TChr
Źródło: https://spbyslaw.edu.pl/
Świętych Obcowanie ...
- Szczegóły
- Autor: aRadosław
- Kategoria: Aktualności
- Odsłon: 336

Dusza człowieka od momentu, gdy ją Bóg stworzył przy poczęciu w łonie matki, będzie żyła wiecznie. Każdą Bóg stworzył z miłości i dla miłości, którą chce ją obdarzać w życiu na ziemi, a potem przez całą wieczność.
Bóg stworzył ją razem z pierwszym zalążkiem ciała i odtąd pełnię człowieka będzie stanowiło połączenie duszy i ciała. Dlatego przy końcu świata każda dusza odzyska swoje ciało, z którym została rozłączona w chwili śmierci. Tylko dwa ludzkie ciała już uczestniczą w chwale nieba. To święte i uwielbione ciała Pana Jezusa i Jego Matki. Wszystkie inne zmartwychwstaną w dniu Paruzji.
Śmierć – będąca konsekwencją życia na ziemi, trwająca aż do Sądu Ostatecznego i zmartwychwstania na życie wieczne – jest stanem zarówno fascynującym, jak dramatycznym. Tak więc od chwili poczęcia poprzez życie na ziemi przez 70 – 80 lat (przeciętnie) wygrywamy wieczność niepojęcie szczęśliwą lub straszną.
O ile okres życia człowieka na ziemi jest realny, bo potwierdzony przez zmysły, rozum, świadomość, doświadczenie i wszystkie dostępne narzędzia nauki, o tyle okres po śmierci, równie realny jak poprzedni, otacza tajemnica, zasłona, którą przekroczyć może tylko wiara.
Wiara w życie pozagrobowe towarzyszy ludzkości od jej początków; najstarsze ślady cywilizacji mówią o kulcie zmarłych. W 2 Księdze Machabejskiej ta wiara występuje już w bardzo pogłębionej postaci: wódz Juda Machabejczyk po zwycięskiej bitwie „(…) posłał do Jerozolimy około dwu tysięcy srebrnych drachm, aby złożono ofiarę za grzech. Bardzo pięknie i szlachetnie uczynił, myślał bowiem o zmartwychwstaniu. Gdyby bowiem nie był przekonany, że ci zabici zmartwychwstaną, to modlitwa za zmarłych byłaby czymś zbędnym i niedorzecznym, lecz jeśli uważał, że dla tych, którzy pobożnie zasnęli, jest przygotowana najwspanialsza nagroda – była to myśl święta i pobożna” (2 Mch 12,43-45).
W tym fragmencie ze Starego Testamentu są już zawarte prawdy wiary: że człowiek po śmierci żyje, ponosi odpowiedzialność za swoje czyny na ziemi, że modlitwa i ofiary żyjących na świecie pomagają mu w odpokutowaniu za grzechy i że ta troska o uwolnienie go od kar za grzechy jest rzeczą świętą i pobożną. W Nowym Testamencie słowa Pana Jezusa poświęcone życiu pozagrobowemu zapisane w dwóch fragmentach Ewangelii są szczególnie poruszające: to opis Sądu Ostatecznego u św. Mateusza (25,31-46) i przypowieść o bogaczu i Łazarzu u św. Łukasza (16,19-31).
Stary aforyzm streszcza tę prawdę: „Jakie życie, taka śmierć, jaka śmierć, taka wieczność”. Święta Faustyna, po jednym widzeniu duszy zmarłej, która przyszła jej oznajmić, że z czyśćca przeszła już do nieba, tak napisała: „Zrozumiałam, jak ścisła jest łączność tych trzech etapów życia dusz, to jest ziemia, czyściec, niebo” (Dz. 594).
W Credo wyznajemy wiarę w „świętych obcowanie”, nie zawsze w pełni zdając sobie sprawę, że tu nie chodzi tylko o świętych wyniesionych na ołtarze. Tu jest mowa o realnej, zawsze aktualnej więzi, która łączy żyjących na ziemi ze zbawionymi w niebie i zbawionymi, ale przygotowującymi się do udziału w chwale nieba. Te ostatnie to są dusze znajdujące się w czyśćcu.
Czym jest czyściec? To nie jest miejsce – to stan człowieka, który po śmierci ujrzał się w obliczu największej Świętości, Doskonałości i Miłości. Pełnią swojej świadomości uznał, że stoi przed Bogiem w całej swojej niedoskonałości, grzeszności i nędzy. Sam siebie osądza i pragnie odnaleźć tę godność i niewinność, którą utracił, a którą teraz chce odzyskać, aby go już nic nie odłączało od tego Ogniska Wszechmocnej Miłości, jakim jest Bóg. Ogniska, wobec którego cały kosmos jest marnym pyłkiem.
Sam człowiek ocenia, jaką musi przejść drogę, aby być godnym stanąć w obliczu Największej Miłości, którą za życia tyle razy zlekceważył. Dla jednych będzie to długi proces oczyszczania, dla innych krótszy – w zależności od popełnionego zła, ale w każdym wypadku będzie to droga bolesna. Sprawiedliwości musi się stać zadość, za człowiekiem idą jego złe czyny; na ziemi pozostali ci, których skrzywdził, zgorszył, oszukał, którym się nie odwdzięczył za dobro…
Dla pokutujących w czyśćcu jest jedna wielka pociecha i szczęście: świadomość, że Bóg im przebaczył dzięki ofierze odkupieńczej Jezusa Chrystusa, Jego umiłowanego Syna; już są pewni zbawienia wiecznego, piekło im nie grozi, już więcej grzeszyć nie będą, ale zło popełnione musi być odpokutowane, naprawione. Dusze w czyśćcu same sobie nie mogą pomóc, a cierpią bardzo. Źródłem ich bólu jest najpierw niczym nieukojona tęsknota za Bogiem, który im się ukazał w chwili pośmiertnego sądu. Innym źródłem bólu jest żal za grzechy, za zaniedbania, za zmarnowane łaski i głosy sumienia, za niewykorzystane okazje do czynienia dobra; to także świadomość, że popełnione zło pleni się nadal: dany zły przykład, brak wychowania religijnego dzieci, demoralizacja młodych…
Czyściec, wbrew temu, co można sądzić o cierpieniu, które ze sobą niesie, jest wielkim przejawem miłosierdzia Bożego: nawet największy grzesznik za chwilę żalu i wezwania Bożego imienia może, po przejściu przez czyściec, osiągnąć wieczne szczęście oglądania Boga. W prawdzie wiary o „świętych obcowaniu” czyściec może mieć swoje uprzywilejowane miejsce. Z jednej strony przygotowuje przyszłych godnych nieba, z drugiej – dla żyjących na ziemi jest pobudką do stałej pamięci modlitewnej o zmarłych. Nie tylko pokutujący w czyśćcu tęsknią za Bogiem, ale Pan Jezus tęskni za tymi, za których poniósł śmierć, pragnie jak najszybciej móc ich przygarnąć do siebie już na wieczność. Ktokolwiek wspomaga dusze oczyszczające się, aby skrócić ich cierpienia i oczekiwanie na niebo, jakby gromadził skarby wdzięczności i z ich strony, i ze strony Zbawiciela. Wierzył w to Juda Machabejczyk, modląc się i składając ofiary za swoich poległych żołnierzy.
Bez włączenia w obieg modlitwy i ofiary całego czyśćca świętych obcowanie nie byłoby pełne. My prosimy o pomoc świętych w niebie, dusze czyśćcowe nas proszą o wsparcie, a kiedy osiągną zbawienie, będą nam pomagać. Tak powinno przebiegać krążenie miłości w królestwie niebieskim.
Najcenniejszą pomocą dla zmarłych jest ofiara Mszy świętej oraz Komunie święte przyjmowane w ich intencji; potem idą modlitwy, zwłaszcza droga krzyżowa, uzyskiwanie odpustów, przebaczenie krzywd doznanych od nich i wszelkie dowody życzliwej pamięci, na przykład mówienie o ich zaletach czy zasługach tym, którzy ich krytykują. To wszystko jest ważniejsze od ozdobnych nagrobków, kwiatów i zniczy.
Kościół od czasów apostolskich przywiązywał wielką wagę do nabożeństwa za dusze zmarłych. W dziejach Kościoła Bóg obdarzył wielu świętych specjalną wrażliwością na ich potrzeby. Niektórzy ze świętych otrzymywali dar obcowania ze zmarłymi, a także przejmowania części ich cierpień, aby wyjednać im szybsze osiągnięcie nieba. Spośród licznych orędowników za dusze czyśćcowe trzeba wymienić choćby kilkoro: św. Katarzynę z Genui, św. Franciszka Salezego, bł. Stanisława Papczyńskiego, św. Faustynę, a wśród współczesnych – siostrę Łucję z Fatimy oraz Marię Simmę, Austriaczkę zmarłą w 2004 r., która całe swoje życie poświęciła pomocy duszom pokutującym.
W notatkach jej znajdujemy takie refleksje: „Jest tyle rodzajów czyśćca, ile dusz… Żadna dusza nie wróciłaby z czyśćca, by żyć tu, jak przedtem, w ciemnościach, w jakich żyjemy, ponieważ posiada wiedzę, o jakiej my nie mamy pojęcia. Pragnie czyśćca, procesu oczyszczenia, tak jak złoto chce w ogniu oczyścić się z domieszek… Pan Bóg objawił się jej w takiej promiennej, oślepiającej piękności i czystości, że żadna siła nie skłoniłaby takiej duszy do tego, by przystąpiła przed oblicze Boga z najmniejszą choćby skazą. Dopiero czysta, doskonała dusza ma śmiałość stanąć przed obliczem Wiekuistej Światłości i Boskiej Doskonałości, by oglądać Boga twarzą w twarz”.
Źródło: https://trwajciewmilosci.pl/
Jezus Istnieje Naprawdę
- Szczegóły
- Autor: aRadosław
- Kategoria: Aktualności
- Odsłon: 310
Przeżyłam śmierć kliniczną

7 listopada 2015 r. zderzyłam się czołowo z jadącym z naprzeciwka samochodem. Uderzając w auto, zawołałam głośno do Pana Boga: „Panie Boże – jeśli mnie słyszysz – nie pozwól mi umrzeć, daj mi jeszcze żyć!”.
Przed wypadkiem byłam osobą wierzącą, ale powoli zaczęłam oddalać się od Boga. W pewnym okresie przestałam chodzić do kościoła i się modlić. Wpadłam w złe towarzystwo; zaczęłam zażywać narkotyki, pić alkohol i brać udział w imprezach. Zdarzał się też seks.
Od jakiegoś czasu poważnie chorowałam. Przestało mi na sobie zależeć. Robiłam wszystko, żeby siebie zniszczyć… Zagłuszałam w ten sposób mój wewnętrzny ból.
W tym też czasie zaczęłam się interesować czarną magią, wywoływałam duchy i chodziłam do wróżek. To wszystko otworzyło drzwi złemu duchowi… Tkwiłam w grzechach i miałam myśli samobójcze.
Dwa tygodnie przed wypadkiem chciałam się zabić. Miałam też przeczucie, że dojdzie do tego fatalnego zdarzenia…
7 listopada 2015 r. jechałam na koncert, który – o czym nie wiedziałam – miał być prowadzony przez satanistyczną sektę. W drodze zderzyłam się czołowo z jadącym z naprzeciwka samochodem.
Uderzając w auto, zawołałam głośno do Pana Boga: „Panie Boże – jeśli mnie słyszysz – nie pozwól mi umrzeć, daj mi jeszcze żyć!”.
Bóg mnie wysłuchał. Wiem, że był też przy mnie wtedy mój Anioł Stróż, który powiedział do mnie: „Nie martw się – wszystko będzie dobrze”.
Śmierć kliniczna
Nastąpiła reanimacja. W ciężkim stanie przewieziono mnie do szpitala. Leżałam tam w śpiączce na oddziale intensywnej terapii. Miałam uraz wielonarządowy, ostrą niewydolność oddechową oraz wiele skomplikowanych złamań. Wszystkie moje funkcje życiowe były wyłączone. Nie byłam w stanie ani samodzielnie oddychać, ani samodzielnie pompować krwi. Funkcje te podtrzymywała specjalna aparatura.
Widziałam jednak wszystko, co się wokół mnie działo. Nie mogłam się poruszyć, ale doświadczyłam czegoś, co jest typowe dla osób, które przeżyły śmierć kliniczną: wyszłam z mojego ciała i z góry obserwowałam, jak lekarze mnie operowali.
Powiedziałam do Pana Boga: „Boże, jak to możliwe, że widzę siebie i lekarzy?”.
Nagle znalazłam się w miejscu, w którym było szaro i zimno. Odczuwałam ból i cierpienie, które cały czas mi towarzyszyły. Byłam samotna, czułam jednak obecność złych duchów. Przychodziły one w wielkiej liczbie, biły mnie i dręczyły. Szarpały mnie i chciały mnie ze sobą zabrać. Ja im jednak mówiłam, iż nie oddam im siebie i że należę do Boga.
One zaś mi na to odpowiadały: „Jesteś grzeszna, Pan Bóg cię nie chce!”.
Demony wiedziały, że jestem bezbronna. Doświadczałam wtedy od nich bardzo wielkiego cierpienia. Cały czas jednak im powtarzałam, że moja dusza należy do Pana Boga i że nigdy – choćby mnie tak dalej biły i szarpały – im jej nie oddam.
Kiedy demony mnie atakowały, zaczęłam odmawiać modlitwę Pod Twoją obronę. Wówczas przyszła do mnie Matka Boża. Maryja miała na sobie biało-niebieskie szaty. Twarz Jej była przepiękna.
W Jej Osobie było tyle miłości jak u nikogo innego. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego ogromu miłości, spokoju oraz wewnętrznej radości. Matka Boża jednym gestem ręki odpędziła wszystkie demony, które, przeraźliwe bluźniąc, momentalnie uciekły. W tym momencie doznałam wielkiego pokoju.
Będąc w stanie śmierci klinicznej, nie miałam poczucia czasu. Po atakach demonów i obronie przez Matkę Bożą znalazłam się w całkowitej ciemności. Nagle jednak w tym zupełnym mroku pojawiło się tajemnicze światło. Nie było ono rażące i nie oślepiało, ale niosło ze sobą miłość. Był to tak wielki ogrom miłości, że nic z tego, czego wcześniej doświadczyłam, nie mogło się z nim równać.
W tym tunelu światła ujrzałam postać, która się do mnie zbliżała. Nie szła, ale jakby płynęła. Spojrzałam i z niedowierzaniem zobaczyłam Osobę odzianą w szaty i noszącą sandały. Pomyślałam: „To przecież Pan Jezus!”.
W pierwszej chwili nie dowierzałam. On jednak uśmiechnął się do mnie. Pamiętam Jego wielką dobroć i radość – tak wielką, że mnie wręcz przygniatała.
Jezus podszedł do mnie i powiedział: „Zaufaj Mi!”. Ja Mu na to odparłam: „Panie Jezu, nie jestem godna, żeby na Ciebie spojrzeć”. On zaś mi odpowiedział: „Spójrz na mnie! Irmina – jesteś dobrym człowiekiem. Każdy się jakoś pogubił, ale Ja wiem, że ty jesteś dobra. Zawsze odmawiałaś modlitwy swoimi słowami. Ja cię słyszałem”. Wówczas się rozpłakałam, a On rzekł do mnie: „Podaj Mi dłoń! Zaufaj Mi – wszystko będzie dobrze!”. Podałam więc Jezusowi dłoń i w tym samym momencie zabrał mnie ze sobą.
Razem płynęliśmy przez jakiś rodzaj ciemnego tunelu. Nagle ujrzałam przerażającą rzeczywistość piekła. Wyglądało ono jak okrągły krater wulkanu, z którego wydobywała się lawa, żar oraz straszne krzyki, jęki i nienawiść. Demony usiłowały mnie tam jeszcze ściągnąć. Same jednak wpadły do piekła, ja zaś z Jezusem bezpiecznie przeszłam na drugą stronę.
Ujrzałam wówczas zachwycającą swoim pięknem krainę. Czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu nie widziałam! Nie mam słów, aby wyrazić to, jak tam jest pięknie i cudownie! W niebie jest pełnia szczęścia, wolności i miłości. Mówiłam sobie: „Zostanę tutaj. Tu jest tak cudownie!”.
Pan Jezus uświadomił mi, że istnieje niebo oraz czyściec, gdzie ludzie cierpią z powodu konsekwencji swoich grzechów i dojrzewają do nieba, oraz że istnieje przerażająca rzeczywistość wiecznego piekła.
Kiedy leżałam w śpiączce, lekarze wezwali moją rodzinę i przekazali jej informację, iż jestem w stanie krytycznym i że mają się ze mną pożegnać, ponieważ umieram i nie dożyję do rana…
Powrót na ziemię
Choć leżałam w szpitalu we Wrocławiu, to na wieść o moim stanie przyjechał do mnie z Poznania mój były chłopak, którego zostawiłam, zanim zeszłam na złą drogę.
Modlił się on za mnie, czuwając przy mnie całymi dniami. Jego rodzice zmarli na raka. Chłopak ten, płacząc, prosił mnie, żebym też nie umarła. Postanowił pójść do kościoła, żeby się pomodlić, ale świątynia, z racji nocnej pory, była już zamknięta. Stanął zatem przy figurce Maryi i zaczął wołać do Pana Boga i do Matki Bożej, aby mi przekazali, że mam do niego wrócić, gdyż on mnie potrzebuje… Zaczął też prosić swoich nieżyjących już rodziców, by także mi powiedzieli, że mam do niego wrócić.
Będąc w stanie śmierci klinicznej, widziałam to jego wołanie. Bardzo dobrze pamiętałam mamę tego chłopaka. Byłam przy niej, gdy umierała. Na jej prośbę poprzysięgłam, że po jej śmierci będę się opiekowała jej synem i że nigdy go nie opuszczę. Obietnicy tej jednak nie dotrzymałam…
I nagle, pozostając w stanie śmierci klinicznej, spostrzegłam z dala rodziców mojego byłego chłopaka! Podeszli do mnie i mnie przytulili. Mama tego chłopaka powiedziała do mnie: „Irmino, pamiętasz, co mi obiecałaś? Nie chcesz teraz wrócić na ziemię?”. Ja zaś odrzekłam, że nie. Oni jednak nalegali: „Prosimy cię – wróć!”.
W końcu, cała zapłakana, zgodziłam się na mój powrót na ziemię. Żegnając się ze mną, rodzice mojej byłej sympatii powiedzieli: „Pamiętaj – jak będziesz rozmawiać z naszym synem, to przekaż mu, że choć już razem z nim nie żyjemy, to zawsze przy nim jesteśmy i bardzo go kochamy”.
Zapłakana zwróciłam się więc do Jezusa z pytaniem: „Czy mogę wrócić na ziemię?”. Pan Jezus odrzekł mi na to: „Dobrze. Wiedz jednak, że po powrocie na ziemię będziesz bardzo cierpieć. Będziesz miała bardzo dużo operacji. Zobaczysz, jacy są ludzie wokół ciebie. Zobaczysz, na kogo będziesz mogła liczyć. Czy jesteś na to gotowa?”. Odpowiedziałam: „Tak – jestem na to gotowa”. Jezus rzekł wtedy: „Dobrze. Obiecaj mi w takim razie, że będziesz głosiła, że Ja jestem prawdziwy, że niebo istnieje naprawdę, że istnieje czyściec i że piekło też istnieje, choć wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy. Módl się do Mnie nadal swoimi słowami – tak jak to do tej pory czyniłaś”. Obiecałam Mu, że tak zrobię.
Wtedy Pan Jezus zadał mi jeszcze trzy razy pytanie: „Czy na pewno chcesz wrócić?”. Jak tylko po raz trzeci odpowiedziałam na nie twierdząco, momentalnie poczułam się chora.
W tej samej chwili, w której moja rodzina zaczęła się ze mną żegnać, ja, leżąc na intensywnej terapii, zaczęłam poruszać palcami. Aparatura medyczna zaczęła wysyłać sygnały o powrocie moich funkcji życiowych.
Ksiądz, który nazajutrz po moim wybudzeniu się udzielił mi sakramentu namaszczenia chorych, powiedział, że nigdy nie zapomni tej chwili. Kiedy mnie zobaczył, od razu wiedział, że coś się wydarzyło. Moja rozpromieniona twarz i niezwykły uśmiech, gdy opowiadałam o Panu Jezusie, wywarły na tym kapłanie wielkie wrażenie.
Gdy się wybudziłam ze śpiączki, zaczęłam opowiadać mojej rodzinie o spotkaniu z Panem Jezusem oraz o wszystkim, czego doświadczyłam. W czasie śpiączki byłam zaintubowana. Po moim wybudzeniu się lekarze byli ostrożni – nie wiedzieli, czy od razu mój organizm samodzielnie podejmie wszystkie życiowe funkcje, dlatego najpierw odłączono ode mnie aparaturę, a dopiero potem mnie rozintubowano. Okazało się wówczas, że mogę całkowicie sama funkcjonować! Lekarze nie mogli wprost wyjść ze zdziwienia. To był prawdziwy cud!
Przez pierwsze dwa tygodnie nic nie widziałam. Potem odzyskałam wzrok, ale miałam powiększone oko. Okazało się, że doznałam udaru niedokrwiennego móżdżku. Miałam wykonaną tomografię komputerową głowy, ale bez kontrastu.
Mój były chłopak zobaczył jednak, że coś jest nie tak i że moje oko dziwnie wygląda. Personel medyczny uznał, że nie zachowuję się normalnie i nie dawał wiary moim „przedziwnym” opowieściom o tym, że spotkałam Maryję i Jezusa oraz że widziałam niebo, czyściec i piekło. Myślano, że postradałam zmysły. Przypięto mnie więc pasami do łóżka!
Udar jednak u mnie postępował. Mój były chłopak udał się wówczas do neurologa i powiedział, że coś jest ze mną nie tak. Powtórzono więc tomografię mojej głowy, tym razem z kontrastem. Po wykonaniu tego badania okazało się, że brakowało dosłownie kilku milimetrów, bym miała przerwane kręgi szyjne. W każdym momencie mogłam umrzeć…
Wszyscy zaczęli się więc za mnie modlić. Ja jednak byłam dobrej myśli. Doszłam do przekonania, iż skoro raz już Pan Bóg uratował mnie od śmierci, to cały czas nade mną czuwa i teraz też nie pozwoli mi umrzeć. Podawane mi leki jednak nie pomagały. Miałam bardzo zniszczone komórki.
Tymczasem udar całkowicie się u mnie cofnął! Moje oko znów wyglądało naturalnie, mogłam z powrotem normalnie mówić i poruszać ręką. Wszystko wróciło do normy. Kiedy się ma udar móżdżku, zaburzony jest wtedy zmysł równowagi i nie można stać. U mnie nie ma tego problemu!
Wiedziałam, że Pan Bóg ze wszystkiego mnie uzdrowi. Tak się dzieje do dzisiaj. Przez cztery i pół roku od wypadku przeszłam 32 operacje oraz długą rehabilitację. Wierzyłam jednak, że w końcu stanę na nogi. Wiedziałam, że Pan Bóg tego chce i po dziewięciu miesiącach ciężkiej rehabilitacji tak się właśnie stało. Dość szybko też stałam się samodzielna.
Za każdą, najmniejszą nawet, czynność, którą mogę teraz samodzielnie wykonywać, nauczyłam się Bogu dziękować. Od czasu wypadku nie mogłam jednak normalnie chodzić ani tym bardziej klęczeć. Chcąc jednak wypełnić obietnicę daną Matce Bożej, którą złożyłam przed Nią w niebie, udałam się na Jasną Górę, by przed cudownym wizerunkiem Maryi żarliwie podziękować za Jej wstawiennictwo.
Kiedy o kulach obeszłam ołtarz cudownego obrazu, nagle poczułam, że te podpory nie są mi już potrzebne. W tegoroczne Święta Zmartwychwstania Pańskiego Pan Bóg mnie uzdrowił i mogę już normalnie chodzić oraz klęczeć!
Znak dla niedowiarka!
Niektóre osoby nie dawały wiary mojemu świadectwu. Ja jednak w czasie śmierci klinicznej widziałam z nieba wszystko, co się wokół mnie działo. Pewien lekarz był dla mnie bardzo niemiły. Ja zaś, będąc w śpiączce, widziałam, jak on w sobotę, wraz z pielęgniarkami, urządził sobie w ich pokoju alkoholową libację. Widziałam dokładnie, co popijali.
Kiedy ów lekarz po moim wybudzeniu się podszedł do mnie, zaczął mnie atakować słowami: „Ty kłamiesz! Przestań mówić o Panu Jezusie. Ty jesteś nienormalna!”. Ja zaś prosiłam go wtedy: „Proszę, niech mnie pan odepnie z tych pasów. Ja naprawdę widziałam Pana Jezusa!”.
Lekarz ten jednak kontynuował swoje obraźliwe uwagi pod moim adresem i był dla mnie tak bardzo niemiły, że w końcu wyjawiłam mu prawdę o tym, co widziałam, gdy leżałam na oddziale intensywnej terapii. Powiedziałam mu: „Panie doktorze, ja wiem, co pan robił w sobotę wieczorem. Pamięta pan, jak upijał się pan razem z pielęgniarkami? Za chwilę będzie obchód. Jeśli nie odepnie mnie pan z tych pasów i nadal będzie pan bluźnił na Pana Jezusa, to jak przyjdzie ordynator, wyjawię mu, co pan robił w sobotę…”.
Lekarz wtedy zbladł. Odpowiedział mi szybko: „Proszę cię, nie mów nic nikomu na mój temat. Ja już ci teraz wierzę! Odepnę cię z tych pasów i już nigdy więcej nie powiem nic złego o Panu Jezusie!”. Niebawem przyszedł ordynator i ze zdziwieniem pyta: „Dlaczego odpięliście Irminę z pasów?”. A pan doktor na to: „Już nie trzeba! Z nią jest wszystko w porządku!”. Od tego momentu lekarz ten zupełnie się zmienił. Uwierzył w Pana Jezusa. Przychodził potem do mnie i chętnie ze mną rozmawiał, zadając mi wiele pytań.
Nowe życie i głoszenie słowa Bożego
Odkąd wróciłam do życia na ziemi, staram się spełnić obietnicę daną Panu Bogu. Dużo o Nim opowiadam, mimo iż ludzie na mnie źle patrzą lub się ze mnie wyśmiewają. Nigdy nie tracę wiary; modlę się za tych ludzi. Zawsze będę głosiła, że Pan Jezus jest cały czas z nami, obecny w sakramentach pokuty i Eucharystii, i że pragnie działać w naszym życiu, tak jak w moim życiu cudownie zadziałał.
Po tym przeżyciu całkowicie zerwałam ze złym towarzystwem i zaczęłam głosić słowo Boże – najpierw w szpitalach, gdzie po wypadku spędziłam wiele miesięcy. Spotkałam tam dużo osób, które były niewierzące lub załamane. Pan Bóg mnie do nich posłał, bym ich podnosiła na duchu. Dobrze ich rozumiałam: z wysportowanej dziewczyny sama bowiem stałam się niepełnosprawna.
Pod wpływem głoszonego przeze mnie świadectwa wiele osób się nawróciło. Znam przypadki, że osoby po 30 latach poszły do spowiedzi i Komunii św.!
Modlę się, by wszyscy ludzie pragnęli Pana Jezusa. Jednak żeby mógł On do nas przyjść, najpierw trzeba Go do naszego życia zaprosić. Mamy bowiem wolną wolę. Pan Jezus patrzy na nas i płacze, gdy popadamy w grzechy, ale nic nie może uczynić, póki się do Niego nie zwrócimy. Dopóki Go nie zawołamy, On do nas nie przyjdzie.
Ja Go zawołałam w momencie wypadku i On mnie wysłuchał. Proszę wszystkich ludzi, którzy tracą nadzieję i nie wierzą, żeby uwierzyli, że Pan Jezus jest naprawdę żywy i że On tak bardzo nas pragnie i kocha – wszystkich na równi, niezależnie od statusu społecznego.
Proszę, żebyśmy Go zaprosili do swego życia, abyśmy przez grzechy nie otwierali drzwi Złemu, byśmy powstawali z każdego ciężkiego grzechu, przystępując do sakramentu pokuty, byśmy starali się uczestniczyć w codziennej Eucharystii, znajdowali czas na adorację Najświętszego Sakramentu oraz na modlitwę różańcową – abyśmy na modlitwie rozmawiali z Panem Bogiem jak z najlepszym Przyjacielem, który nas zawsze wysłuchuje.
Gdy patrzę wstecz, widzę wyraźnie, że Pan Bóg wszystko dla mnie zaplanował. Najpierw cierpliwie czekał na moje nawrócenie, potem dopuścił ten wypadek samochodowy. Gdyby nie to tak trudne dla mnie wydarzenie, to nie wiem, jak dalej potoczyłoby się moje życie. Z pewnością podążyłabym za życiem „światowym”. Możliwe, że skończyłabym tragicznie.
Wypadek ten stał się dla mnie błogosławieństwem. Dzięki niemu przeżyłam głębokie nawrócenie. Po „tamtej stronie” spotkałam Jezusa i Maryję, ale i przerażającą rzeczywistość piekła i złych duchów. Wiem, że niebo, czyściec i piekło naprawdę istnieją!
Irmina
Spisał i oprac. Jan Gaspars
Źródło: https://trwajciewmilosci.pl/przezylam-smierc-kliniczna/
Strona 1 z 4






